Wietnam/Kambodża prawie kulinarnie

wietnam kambodza trip

Wybierając Wietnam i Kambodżę na kolejną destynację słyszałam, że może zaistnieć problem z wegetariańskim jedzeniem, ale nie sądziłam, że ten rejon, tak bliski wspaniałej kuchni Tajlandii okaże się tak bardzo  mięsożernym.

Większość potraw to drób, wołowina i wieprzowina, lub wywary gotowane właśnie na mięsie. W przydrożnych stoiskach normą są kanapki ze świńską skórką. W restauracjach owoce morza pływają w olbrzymich akwariach i czekają na swoich oprawców. Jeśli zapytasz o wegetariańskie pho, którego nie ma prawie w żadnej karcie dań, kelner odpowie, że oczywiście jest, a Ty musisz mu zaufać, że to co dostaniesz to rzeczywiście warzywny wywar. W pizzy, której składniki wyszczególnione w menu zawierają same warzywa, nagle okazuje się, że ukryta jest parówka. Po zgłoszeniu „Mister, there`s a sausage inside”, Mister owszem parówkę wyciągnie, ale tę samą pizzę poda jako nową, zapierając się, że została na nowo upieczona. Co więcej.. ani w Wietnamie ani w Kambodży raczej nikt nie rozumie o co tyle hałasu z tym całym niejedzeniem mięsa. Co więc jeść podczas trzy tygodniowej wyprawy?

Obraz1

Na szczęście Azja to rejon wspaniałych tropikalnych owoców, przypraw i ryżu. Wpływy chińskie przyniosły świetne makarony, a Francuzi pozostawili po sobie całkiem przyzwoite pieczywo.

Nasza wyprawa nie była ukierunkowana tylko kulinarnie. Chcieliśmy dużo zwiedzić i pokonywać spore odległości. Niestety okazało się że szukanie ukrytych wegetariańskich opcji nie idzie w parze z szybkim tempem jakie sobie narzuciliśmy oraz prawie dwutygodniową chorobą. Tym razem postawiliśmy na kulinarny przypadek i całkiem nieźle na tym wyszliśmy. 


Naszą podróż rozpoczęliśmy w Hanoi, aktualnej stolicy Wietnamu. Jej stara dzielnica (Old Quarter) urzekła nas swoją kameralnością, wręcz dusznością. To Azja jaką lubimy, trochę brudna, ciasna, lepka. Natłok zapachów i smaków z każdej strony powoduje, że masz ochotę spróbować wszystkiego. Wszędzie dookoła są knajpy z miniaturowymi krzesełkami, a każda rodzina ma swojego pudelka. Pudle są tu bardzo popularną rasą nie z uwagi na ich inteligencję, ale z racji wyglądu – są po prostu bardzo modne. Ta moda rozpoczęła się kilka lat temu, teraz większość rodzin ma swojego pudla, żeby móc sprzedać miot (szczeniak kosztuje tu ok 400 dolarów – przypomnę, że średnia pensja w Wietnamie to 160$).

Od czwartku do niedzieli w centrum Hanoi zamyka się ulice, które zamieniają się w niekończące się targi z ubraniami, pamiątkami i jedzeniem. To świetna okazja, żeby spróbować spiralnych ziemniaków (są naprawdę pyszne!) lub deserów z tapiokowych kuleczek połączonych z żelowymi owocami.  

Hitem Hanoi okazały się banany smażone w cieście naleśnikowym. Prosto z ulicy, prawie z asfaltu. Są niewiarygodnie delikatne i kosztują kilkadziesiąt groszy za sztukę. Wracaliśmy po nie wielokrotnie i niestety nie widzieliśmy już w żadnym innym mieście.

Restaurację, która zyskała sławę dzięki spotkaniu Obamy z Bourdainem chciałam odwiedzić od dnia kiedy zobaczyłam ich wspólne zdjęcie przy jednym ze stolików. Nie mogłam doczekać się tej wizyty. Do Bún Chả Hương Liên szliśmy długo i w dosyć sporym gorącu. Po dotarciu na miejsce nie było spodziewanych tłumów, ani .. dobrego jedzenia. W Wietnamie je się zdecydowanie głównie mięso, a w karcie Bun Cha bezmięsna była tylko sałata i zimny bulion z makaronem vermicelli, który nie miał ani smaku ani zapachu. Niestety, nie wszystko smaczne, co znane;)

Wybawieniem okazały się Bahn Mi czyli zwykłe bagietki, w których oprócz jajecznicy i świeżego ogórka, znajdowała się zazwyczaj również kolendra i.. sos sojowy, który w połączeniu z pszenną bułką „robi robotę”! W zasadzie przez trzy tygodnie jedliśmy je na każde śniadanie i czasem w ciągu dnia jako przekąskę. Kosztowały około 1 złotówki i można je znaleźć wszędzie jak kraj długi i szeroki.

W związku z tym, że przez pierwszy tydzień naszego wyjazdu byłam na antybiotyku, rozpaczliwie poszukiwałam pho, które przypomniałoby mi o domowym wegetariańskim rosołku:) Niestety w większości lokali podawane buliony są gotowane na mięsie. Ten, na który trafiliśmy nie dość, że był (mam nadzieję!) wegetariański, to był absolutnie najlepszy z kilkunastu pho wciągniętych przeze mnie w te trzy tygodnie. Co więcej! Ta niepozorna knajpka (Hai San Seafood) serwowała warzywne barbecue, którego mięsna odmiana spożywana jest przez całe rodziny w ramach wieczornych spotkań towarzyskich. Przygotowanie takiego barbecue to rytuał, na który należy pozwolić kelnerowi. To on rozpala grilla, smaruje go specjalnie przygotowanym masłem i ostatecznie grilluje warzywa i pieczywo. 

Najlepsze banh mi jakie jedliśmy pochodziły z małego lokalu w centrum Hanoi, PATETA Banh mi & Cafe, gdzie do każdej bułki dodają małego pysznego banana.

Widok na kuchnie polowe przy pokojach mieszkalnych, które zapewne wielu z nas uznałaby za komórki. Widok bardzo przykry, ale równie częsty.

Zdjęcie drugie przedstawia obwoźną handlarkę „ściereczek” do kurzu wykonanych z kurzych piór.


Kto nie pamięta sceny z filmu Indochiny, kiedy Catherine Deneuve patrzy w dal stojąc na pokładzie statku? Lokacją filmu była zatoka Ha Long Bay, która w 2009 roku wybrana została do listy siedmiu nowych cudów świata. Niech ten fakt posłuży jako najmocniejszy argument do określenia cudowności tego miejsca. Zatoka jest wspaniała. Wspaniałe są widoki, ludzie żyjący w pływających wioskach wypływający każdego świtu na połów. Jaskinie, zachody i wschody słońca. Te najlepiej obserwować ze statku, na którym warto spędzić całą noc. I choć to wspaniałe doświadczenie nie ma zbyt wiele wspólnego z kuchnią, zwłaszcza wegetariańską (na pokładzie serwują prawie same owoce morza), to jest to absolutny must see dla każdego kto wybiera się w tamten rejon.

Codzienne życie rodziny mieszkającej w pływających wioskach.


Kolejnym przystankiem po dusznym, ale fascynującym Hanoi była największa wietnamska wyspa, Phu Quoc. Pomimo wielu negatywnych opinii na jej temat (że głośno, że plac budowy, że drogo i brzydko) postanowiliśmy polecieć właśnie tam, aby wykorzystać jej lokalizację i już z południa Wietnamu przejechać do Kambodży.

Phu Quoc ma więc wiele zalet jak i wiele wad. Nad polskim morzem możesz również trafić do Łeby w szczycie sezonu, albo do leniwego Lubiatowa. Tak samo jest z Phu Quoc. Wybierając nocleg, dokładnie sprawdź gdzie mieści się hotel. Wyspa to rzeczywiście plac budowy i jednocześnie wakacyjna destynacja Rosjan. ALE.. Ma też świetny targ nocny (ok, nudzi się po dwóch wieczorach, ale jest) i całkiem fajne plaże, na których za dnia można zażywać masaży i jeść wspaniałe owoce, a wieczorem przy spektakularnym zachodzie słońca popijać lokalne piwko Saigon.

Nocny targ to nie jedyna atrakcja kulinarna. Wzdłuż głównej drogi znajdziecie mnóstwo restauracji i kafejek, wózków z pyszną kawą i koktajlami również tymi z alkoholem. Śniadaniownie oferują słodkie naleśniki, wieczorne puby kolorowe drinki ze świeżym liczi, a jeśli najdzie Was ochota, możecie pojechać na plantację pieprzu. Warto zobaczyć skąd pochodzi większość pieprzu sprzedawanego na całym świecie. Wietnam przoduje w jego produkcji i eksporcie.

Kiosk z bułkami banh mi.

Widok zachodzącego słońca w Zatoce Tajlandziej.

Herbatka dobra na wszystko. W przydrożnym „pokoju” możesz napić się naparu, który uleczy Twoje wszelkie bolączki.

Plantacje są ogromne, ale każdy taksówkarz zawiezie Was do jednej z mniejszych, gdzie na własne oczy zobaczycie jak rośnie pieprz, że cztery kolory pieprzu (biały, czarny, czerwony i zielony) to tak naprawdę jeden rodzaj, a kolory zależą od stopnia jego suchości i przygotowania oraz w bardzo atrakcyjnych cenach kupicie pieprz na pamiątkę.


Kambodża. Kolejna destynacja, w której spędziliśmy prawie tydzień i zapewne zostalibyśmy dłużej, gdyby nie deszczowe prognozy, które przegoniły nas z powrotem do Wietnamu. Kraj niebywale piękny, dziki i doświadczony historią. Na naszej liście była nie tylko stolica Phnom Penh, tak brutalnie potraktowana podczas rządów Czerwonych Khmerów, ale również Pola Śmierci i Angkor Wat – metropolia monarchii Khmerów ukryta w dżungli.

To, co zaskoczyło nas najbardziej to poziom rozwoju cywilizacyjnego w stolicy i miliony turystów w Angkor. Na szczęście zwiedzając Kambodżę nie ma się poczucia wesołego miasteczka jakie już panuje w Tajlandii. Tu wszystko dopiero się budzi do życia, na peryferiach i wsiach ludzie nadal mieszkają w domach na palach dzieląc przestrzeń razem z bydłem. Jadąc przez kraj szutrową drogą w chmurze białego pyłu, w świetle zachodzącego słońca i horyzontem pełnym palm, obserwujesz ogniska palone pod domami, przy których zbierają się rodziny i razem z krowami i kurami spędzają wieczór. To tu czujesz, że podróżowanie otwiera umysły i serca. A jedzenie? Były momenty:) Takich bananów grillowanych w liściach bananowca (2 zł sztuka) nie sposób szukać nigdzie indziej jak tylko na ulicach Phnom Penh. Stołeczny nocny targ jest zdecydowanie przereklamowanym miejscem, choć klimatem przypomina marokański Jemaa el fna.

Droga z Phu Quoc do Phnom Penh to jedynie 2 h rejs promem i 180 km drogi, ale przez fatalny stan dróg, a raczej ich brak:), przekraczanie granicy i sześciokrotne zmienianie busów zajęło ponad 10 godzin.

Zupełnie przypadkowo okrytym wspaniałym, miejscem okazała się „makaroniarnia” Ecran Noodles w Kampocie, który był jednym z przystanków. Do tego miejsca chciałabym wrócić na dłużej. Hippisowski klimat, znośne ciepło i super żarcie, czegoż chcieć więcej?

Micha pierożków i olbrzymi kokos za 10 zł? Żyć, nie umierać.

Niewątpliwie ciekawym miejsce w sercu Phnom Penh jest targ wybudowany przez Francuzów w 1937 roku. Targ nazywa się po prostu Central Market (Psar Thmei) i w latach 30-tych XIX wieku był uważany za największy targ w Azji. Dziś jego główną nawę wypełniają różnej maści stoiska z biżuterią, ubraniami i elektroniką, ale wystarczy wyjść poza jego mury, aby wejść w labirynt alejek z jedzeniem. Będąc turystami nie kupujemy wielkich dorodnych warzyw, ale warto przyjrzeć się temu co jedzą na co dzień Kambodżanie, może sprawić sobie woreczek lokalnych przypraw lub spróbować pysznych deserów. Na uwagę zasługują różnego formatu pączki, gofry lub ryż pakowany w woreczki.

Jedziesz do Kambodży lub na wschód Tajlandii i nie planujesz wizyty w kompleksie Angor? To błąd! Jeden dzień spędzony w ruinach tego średniowiecznego miasta sprawi, że Twoje poczucie estetyki, majestatu piękna i ludzkich możliwości już nigdy nie będzie takie samo. Poważnie, po zobaczeniu świątyń ta Prohm (to tu Lara Croft walczyła w Tomb Riderze), Bajon i Ankor Wat mało co robi wrażenie..

Życie w Kambodży na pewno nie jest łatwe, ale za to bardzo malownicze. Niedaleko Siem Reap znajduje się wioska Kampong Phluk położona na wodzie. W kanałach jeziora Tonle Sap żyje ponad trzy tysiące osób. Żyją z rybołówstwa, a od 10 lat również z turystyki. Żeby tam dojechać czeka nas wycieczka przez lokalne wioski ukryte w lasach, przeprawa przez groblę a później podróż łodzią. W kanałach powstają restauracje sprzedające lokalne owoce morza, a na kolorowych łódkach można popłynąć w głąb lasu namorzynowego. Wracając warto zatrzymać się w wiosce Phumi Ta Prak i na targu przy drodze zrobić zapasy pysznych owoców. 


Przegonieni przez nadchodzące deszcze, prosto z Siem Reap polecieliśmy do Saigonu (Ho Chi Minh City). W mieście spędziliśmy jedną noc by wrócić do niego na kilka kolejnych na koniec wyjazdu, skąd wracaliśmy do Polski. Z Saigonu (lokalna młodzież nie chce nazywać miasta od „wujka Ho”, wolą nadal mówić Saigon), sleeping busem pojechaliśmy do Mui Ne. Jednego z najbliższych (5h jazdy) „kurortów”. I znów.. Wielu odradzało, że zbyt dużo Rosjan, że cepeliada, ze drogo. I wiecie co? Zdjęcia Putina i wszechobecna cyrylica była czymś oryginalnym w tak tropikalnym miejscu, trafiliśmy na początek sezonu, gdzie miasteczko było pół puste, a plaże.. wow! Szerokie, piaszczyste, idealne na kite`a.

Lokalne restauracje cały dzień i cały wieczór serwują pyszne dania. Naszym ulubionym miejscem stała się Madam Din, u której serwuje się doskonałe Pho i wariacje makaronu z warzywami. Tuż zaraz na podium plasuje się Ngoc Phuong z totalnie najlepszym smażonym tofu.

A jeśli komuś po kilku tygodniach podróżowania po Azji znudzi się kolendra i sos sojowy, warto zajrzeć do James Cook, gdzie przemili Rosjanie serwują dania kuchni europejskiej. Znajdziecie tu klopsiki z ciecierzycy albo krem z dyni.

Mui ne to także miejsce znane z produkcji sosu rybnego. Warto wiedzieć, że ten aromatyczny dodatek, który dyskwalifikuje wszystkie wegetariańskie dania „hoduje” się w wielkich kadziach, do których wrzuca się ryby, zalewa zaprawą i zostawia na wiele miesięcy. Te, w tropikalnym żarze fermentują i dopiero wtedy nadają się do spożycia.   

Wódka z kobrą to bardzo popularny trunek. Ponoć działa jak afrodyzjak. Rosjanie kupują go na litry. Na szczęście do Polski nie można go wwieźć.

Przybrzeżny sprzedawca durianów i kokosów.

Ostatnich kilka nocy spędziliśmy w Saigonie. Najbardziej kosmopolitycznym mieście Wietnamu, którego wieżowce, sklepy luksusowych marek i drogie samochody na ulicach mogą poważnie zawstydzić Warszawę. Wystarczy jednak wyjść poza obszar „nowego miasta”, by skosztować tradycyjnych potraw w nowoczesnym wydaniu i zgubić się w olbrzymim orientalnym mieście.

W dzielnicy pierwszej tuż obok siebie znajduje się Night Market i targ Ben Thanh. Ten pierwszy to miejsce dedykowane stoiskom z jedzeniem. Możecie tu zjeść w zasadzie wszystko. Od pysznych pierożków, przez bułki Bao gotowane na parze, po pizzę. Do picia serwuje się piwka z lokalnego browaru lub soki owocowe albo ten najlepszy z trzciny cukrowej (uwaga, podają go w litrowych kubkach!). Nocny Market to ciekawe miejsce, ale daleko mu do targu Ben Thanh, w którym stołują się okoliczni sprzedawcy. Przy małych, murowanych stoiskach nie siedzą raczej turyści, ceny są kilkukrotnie niższe niż na Night Markecie, ale uwaga.. Targ zamykany jest koło 19, aby swoje stragany przenieść na zewnątrz i tam kusić.. turystów:)

Pod numerem 42. przy Nguyen Hue w dzielnicy pierwszej mieści się apartamentowiec z lat 60-tych, w którym zamiast mieszkań znajdują się kawiarnie, restauracje, sklepy niszowych twórców i galerie. Prawie 60 lat temu blok był miejscem służby amerykańskich oficerów, dziś pełni rolę kulturalno-rozrywkową.

Wietnamski sticky rice w wielu kolorach to nie atrakcja turystyczna, ale głęboko zakorzeniona wiara, że dzięki połączeniu pięciu składników, człowiek pozostanie w harmonii z niebem i ziemią. Te pięć składników symbolizują kolory: żółty to ziemia, zielony to rośliny, czerwony to ogień, biały to metal, a czerń to woda. Do ryżu nie są dodawane sztuczne barwniki, za kolor odpowiadają naturalne liście. Istnieje duża szansa, że właśnie dlatego kolejny dzień spędziłam w hotelu.

W Saigonie w dzielnicy szóstej, uznawanej za chińską mieści się Bình Tây Market. To chyba największy, najbardziej zatłoczony targ jaki widzieliśmy do tej pory. Sam budynek przypomina raczej halę targową, a stoiska dom towarowy, ale najciekawsze rzeczy dzieją się na zewnątrz w zadaszonych i zacienionych korytarzach. Polecam zarezerwować sobie na to miejsce kilka godzin, a najlepiej udać się tam z lokalnym przewodnikiem, który będzie potrafił opowiedzieć o tym co znajduje się w wielkich koszach z warzywami, zaprowadzi do ulubionego rolnika, albo po prostu zbije cenę! Ja przywiozłam ze sobą oryginalny wok, który przy każdym użyciu przypomina mi o tym magicznym miejscu.


Mekong, rzeka, która żywi cztery potężne kraje Azji. Jest również najdłuższą autostradą, po której spływają nie tylko barki towarowe, ale również statki wycieczkowe i zwykli przewoźnicy.

Delta Mekongu to miejsce mistyczne, a jej wody w deszczowym okresie roku płyną wstecz ku północy wpadając do kambodżańskiego jeziora Tonle Sap. Dzięki temu, jezioro się zarybia umożliwiając przetrwanie jego mieszkańców.

Dwie godziny drogi od Saigonu znajduje się fabryka wyrobów kokosowych. Samowystarczalna produkcja jest ciekawym, ale smutnym doświadczeniem. Wspaniale jest zobaczyć jak skorupki od kokosów wykorzystywane są do podtrzymywania palenisk, w których przygotowywana jest cukierkowa masa kokosowa, ale smutnym widokiem są kilkunastoletnie dzieci, które sprawnie te cukierki pakują. 

Masa cukierkowa, pracownicy pakujący cukierki, lodówka pełna lodów kokosowych.

Salon fryzjerski na jednej z wysp Delty Mekongu.

Alluvia, jedna z najbardziej znanych w Azji czekolad pochodzi właśnie z wysp Delty Mekongu. Na zdjęciu owoce kakaowca i proces palenia ziaren.

Azja to miejsce pełne kontrastów, trudnych ale też pięknych widoków, charakterystycznych zapachów i oryginalnych smaków. Tylko tam kupisz suszone cząstki Duriana, prażony groszek cukrowy czy Pringlesy z glonami.

Wietnam i Kambodża to zupełnie różne kraje, które łączy wspólna historia i klimat. Żeby poznać Indochiny z pewnością zabraknie dni i nocy, ale jadąc tam choć raz, zechcesz wracać każdego roku i doświadczać więcej.  

Dodaj komentarz